Logowanie E-mail Hasło Zapamiętaj mnie Chcę się zarejestrować [ Przypomnij Hasło ]
logo

Artykuły >> Artykuły >> Technika

Meble sakralne i kościelne. Doświadczenie zapewnia stałe zlecenie

 

Jednostkowa produkcja mebli artystycznych, które muszą być wygodne dla wielu wiernych, a do tego wpisywać się w kompozycję wystroju kościoła, często, będąc tylko częścią aktualnej inwestycji, to bardzo trudne zadanie, a jednocześnie codzienność Pracowni Stolarskiej „U Salezjan” z Oświęcimia.

 

Alicja Bagnucka-Rief

 

Pracownia kontynuuje tradycje Rzemieślniczej Szkoły Salezjańskiej założonej w Oświęcimiu w 1901 roku. Obecnie działa samodzielnie zatrudniając 11 osób, z czego 2 pracują w zarządzie. Poza pracą przy produkcji pracownicy projektują, wyjeżdżają na pomiary i montaże. Zakład wyposaża kościoły i parafie w wyroby z drewna.

 

Przyszkolny zakład szkolący

- Pracownia Stolarska „U Salezjan” jako zakład produkcyjny powstała w 2000 roku, kiedy to nastąpiły zmiany w szkolnictwie. Zespół Szkół, przy którym działamy, chciał pójść w kierunku ogólniaków i gimnazjów, w których nie potrzeba pomieszczeń warsztatowych. W związku z tym część z nich została zlikwidowana. Niestety system edukacji zawodowej zaczyna upadać, obecnie bardzo mało fachowców kończy szkoły. Kiedyś, gdy naukę zaczynało 30 osób, to ok. 15 zdobywało tytuł zawodowy, szkoląc się na bardzo wysokim poziomie, wyższym niż w technikum. Przede wszystkim różnicę stanowiło to, że w szkołach uczyli ludzie z doświadczeniem od strony praktycznej. Dziś zmierza się do tego, by uczyli ci, którzy skończyli studia. Tworzy to pewną utopię, bowiem oznacza, że przyszłych fachowców szkolą nauczyciele bez żadnego doświadczenia praktycznego. Zmiany zaszły też w polityce państwa - po przemianach warsztaty nie odbywały się już trzy razy w tygodniu, tylko raz. Ponadto zmniejszono liczbę przedmiotów zawodowych. Kiedyś edukacja kończyła się porządnym egzaminem, na który składały się trzy dni praktyczne i jeden teoretyczny. Do szkoły, przy której działa nasz zakład, przyjeżdżały grupy młodzieży z Włoch i u nas pobierali naukę. Chcieli podobny system wprowadzić u siebie. Takie praktyki nie polegają na tym, że uczniowie tworzą projekt, który wędruje do kosza, tylko współpracują przy prawdziwych zleceniach, które są potem sprzedawane zamawiającemu. Przychodzą do nas raz w tygodniu i dzięki temu są w stanie nauczyć się konkretnych umiejętności. Ma to swoją specyfikę. Nie zawsze program praktyk idzie w parze z programem nauczania. Wszystko zależy od tego, jaki aktualnie projekt realizuje pracownia. Produkowane przez nas wyroby to konstrukcje skomplikowane, jednostkowe, przy których jednak uczniowie czasem nie są w stanie wiele zrobić. Zazwyczaj szkoli się u nas 5 - 10 osób od września do czerwca - mówi Marek Bratek z pracowni.

 

Efekt lat doświadczeń

- Gdy przejęliśmy stolarnię, to na 10 zamówień przypadał 1 kościół. Teraz proporcje się zmieniły, kiedyś produkowaliśmy dla osób indywidualnych i firm. Obecnie są to już tylko kościoły w Polsce i za granicą. Wszystko zaczęło procentować, gdy zdecydowaliśmy o uczestniczeniu w corocznych targach sakralnych na terenie Kielc, będącymi największym wydarzeniem wystawienniczym tej branży w Europie. Na początku to właśnie tam pozyskiwaliśmy naszą klientelę, jednak teraz czasy się trochę zmieniły. Dobre firmy produkcyjne musiały stawić czoła kopiowaniu produktów, co niestety odbywało się zaraz po prezentowaniu swoich wyrobów na targach. To bardzo trudna sytuacja, kiedy po opracowaniu wzorów i konstrukcji widzimy jak niektórzy próbują robić zdjęcia i pomiary oraz korzystać z naszego doświadczenia. Tak jest zresztą w każdej dziedzinie. Przez lata sami dochodziliśmy do tego, by wymiar ławeczki był funkcjonalny, nie dało się korzystać z innych produktów, brać miary z często niewygodnych ławek w starych kościołach. Do wszystkich właściwych parametrów dochodziliśmy własnoręcznie, prowadząc konsultacje z księżmi w sprawie mebli kościelnych czy to ławek czy konfesjonałów, produkując metodą prób i błędów. Księża odwiedzali nas na targach, na naszych meblach siadali, klękali od strony swojej i penitenta. Przekazywali swoje uwagi i tak się korygowało różne wymiary aż doszliśmy do tych optymalnych, z których dziś wielu w bardzo brzydki sposób próbuje korzystać. Dlatego też nie wydajemy już katalogów, bo doświadczyliśmy na własnej skórze kopiowania naszych wzorów. Kiedyś dawały nam one dużo konkretnych zleceń. Dziś odwiedzający targi te katalogi przekazują swoim wykonawcom, którzy patrząc na zdjęcie mają już jakąś wizję, którą potem dopracowują. Na targach prezentujemy przede wszystkim minimalizm - to, co w danym momencie jest na produkcji. Zabieramy jakiś ciekawy wyrób, który sprzedajemy zaraz po targach. Nie chcemy generować sobie dodatkowych kosztów, żeby stworzyć konfesjonał, zawieźć go na targi, a potem martwić się komu można by go sprzedać. Przecież wiadomo, że nie da się go potem dopasować do już istniejącego wnętrza. Dziś człowiek nie zamknie się na nieuczciwą konkurencję. Możliwości, że ktoś kopiuje nasze wzory jest bardzo dużo. Nie dodajemy już na stronie internetowej nowych wyrobów, są tam zdjęcia sprzed 10 lat. Widzimy też, że dziś nikt nie zamawia przez internet - informuje Marek Bratek.

 

Trzeba czuć ducha kościoła

- Zamówienia mamy różne. Czasem są to całościowe wyposażenia wnętrz, ale zdarzają się też takie, w których wymieniamy meble znaczone upływem czasu albo uzupełniamy ławki czy ołtarz, które kiedyś usunięto dzięki polityce proboszcza. Teraz dąży się do ich przywrócenia. W naszej pracy nie stosujemy profesjonalnych projektów. Własnoręcznie wymyślamy wzory mebli. Księża wiedzą, że sami realizujemy wszystko od początku do końca, dzięki czemu zaoszczędzają pieniądze, które trafiłyby do architekta. Kiedyś często korzystano z pracy architektów, którzy niestety tworzyli wizje abstrakcyjne. Często nie byli wcale katolikami, nie czuli ducha kościoła, a owoce ich prac były po prostu nie do przyjęcia. Dlatego teraz 90 proc. projektów powstaje na naszym biurku. Zatwierdzane są przez księdza, konserwatora i osoby decyzyjne z parafii czy kurii. Nigdy nie mieliśmy problemów z proponowanymi przez nas wzorami. Parafie nam ufają i szukają zleceniobiorców znających się na tym, co robią. Dziś nie brakuje firm, które przestawiły się na produkcję dla kościołów, myśląc, że to jest łatwy i dochodowy rynek, a zupełnie się na tym nie znają. To naprawdę nie jest prosta produkcja. Trochę tak, jakbym dziś zaczął produkować okna, nie mając odpowiedniego oprzyrządowania, maszyn i znajomości rynku - twierdzi Marek Bratek.

 

Tysiące wyrobów

- Nie mamy stałych i niezmiennych produktów. Nawet prosty klęcznik do spowiedzi czy modlitwy zmienia się przy różnych zleceniach. To nic dziwnego, gdy komuś nie pasuje zastosowany motyw czy kolor. Tak naprawdę tylko bordowa tapicerka jest stała we wszystkich zleceniach. W zakresie wykończenia kolorystycznego wyprodukowaliśmy już chyba wszystkie możliwe warianty. Barwy drewna dopasowuje się do wnętrza, do tego, co już jest zrobione. Często też klient pokazuje konkretne wybarwienie, jakie musimy uzyskać. Dzieje się tak w przypadku starszych kościołów. Dorabianie barwy nie jest proste. Czasem zmiany to sprawy wymiarowe dotyczące kilku centymetrów, o które należy zmniejszyć lub zwiększyć dany model. Dlatego też zliczając wszystkie warianty śmiało mogę powiedzieć, że przez 15 lat wyprodukowaliśmy tysiące produktów. W naszej księdze zamówień widnieje ponad 900 zleceń, przy czym pod jednym kryje się czasem cały kościół i różne meble, w które był wyposażany - informuje Marek Bratek.

 

Pewny surowiec to solidny wyrób

Zakład ma własny skład drewna, w którym znajduje się ok. 100 - 150 kubików drewna dębowego, ciężkiego w obróbce, które powoduje duży procent strat z tytułu biela albo rodzaju produkcji. Inny odpad pojawia się kiedy pracownia wytwarza seryjnie większą liczbę ławeczek czy też produkuje ołtarz.

- Do produkcji używany wyłącznie drewna dębowego. Inne nie nadaje się do naszych potrzeb. Dawniej stosowaliśmy jesion. Zdarzało się, że taki surowiec po prostu posiadała parafia. Były to czasy, kiedy używało się takiego drewna, jakie udało się uzyskać. Dziś produkujemy meble wyłącznie ze swojego sprawdzonego materiału, który odpowiednio długo leżakuje, a potem jest suszony. Próbowaliśmy importować materiał z Ukrainy i ze Słowacji, ale on znacznie odstaje jakością od naszego krajowego. Kiedy klient pyta nas o miękki materiał, aby obniżyć koszt inwestycji, to po prostu się jej nie podejmujemy. To jest wtedy dla nas antyreklama. Taki miękki materiał jest słaby, a my stosujemy tradycyjne połączenia z dawien dawna, które wymagają solidnej stabilizacji. Nie łączymy ławek na śruby, jak robią to inni wytwórcy. Daje nam to gwarancję, że ławka na 4 metry się nie wypaczy, nie będzie skrzypieć i pękać. Istotna jest też odpowiednia wilgotność materiału. Nie może być przesuszony tak jak przy produkcji wyrobów do domów mieszkalnych, gdzie panują wyższe temperatury. W kościołach zimą jest maksymalnie 10 - 15 stopni, dlatego tak trzeba dobrać wilgotność drewna, aby nie zsychało ani nie pęczniało. Wbrew pozorom jest to mniejsze ryzyko niż w budynkach mieszkalnych, gdzie skoki temperatury potrafią wynosić ponad 20 stopni. W przypadku, kiedy tapicerujemy ławki, wykonujemy siedzenia z miękkiego materiału z zastosowaniem doklejek dębowych z przodu i z tyłu. Robimy to, aby uzyskać wygląd dębu i odrobinę obniżyć koszt ławeczki tapicerowanej. Nie ma uzasadnienia, by stosować dąb w miejscach, które są zakryte. W tym przypadku żywotność takiego wariantu będzie taka sama - dodaje Marek Bratek.

 

Wizjonerstwo nie popłaca

- Dopasowanie odpowiedniego materiału jest bardzo ważne. Nie produkujemy mebli wbrew rozsądkowi i ustalonym zasadom. Tak było też na początku, kiedy projekty pochodziły od architektów i to oni bardzo mocno stawiali na swoje wizje, na które nawet ksiądz nie miał wpływu. Czasem chciał, żebyśmy zasugerowali architektowi zmiany. Dziś, jak widzę, że coś w projekcie zewnętrznym lub koncepcji jest nie tak, to nie podejmujemy się zlecenia. Niestety potem nie pamięta się kto jest autorem tego projektu, tylko kto go wykonywał. Nieuczciwi architekci potrafią wziąć pieniądze za projekt mebli, których po zrealizowaniu czasem nie da się do kościoła wnieść, bo mają one np. takie gabaryty, że wykonawca zostaje z problemem sam na lodzie. Najlepiej samodzielnie dokonać pomiarów, jednocześnie dokładnie ustalając, jak ma wyglądać ostateczny wygląd produktu. Można wtedy wykonać projekt  w skali 1:10 lub 1:5, a niekiedy wizualizację. Chociaż w większości przypadków jest tak, zwłaszcza za granicą, że księża lepiej odbierają to, co się narysuje ręcznie. Taki rysunek jest potwierdzeniem autentyczności końcowego wyrobu, bo, jak wiadomo, na komputerze da się zaprojektować wszystko. Często wymaga to od nas dużej pracy, by przygotować dokładne rysunki czy przekroje, ale to jest myślenie, które eliminuje błędy. Dzięki temu nie mamy żadnych reklamacji - mówi Marek Bratek.

 

Samowystarczalni

W pracowni przygotowuje się meble od momentu przycięcia deski, poprzez nafrezowanie, wiercenie, składanie, szczotkowanie i szlifowanie. Poza złoceniami i tapicerstwem wszystko produkowane jest w zakładzie.

- Mamy solidny park maszynowy. Szanujemy maszyny, dawne francuskie obrabiarki o solidnych odlewach, w których wymieniać trzeba tylko łożyska. Tapicerowanie wykonuje firma zewnętrzna. Tak samo elementy rzeźbione, przy czym jedne się robi ręcznie, a drugie maszynowo. Te proste, seryjne, np. na boki w ławkach, wykonujemy sami na frezarkach górnowrzecionowych. Jeśli natomiast jest to bardziej skomplikowana rzeźba krzyża czy ornamentu roślinnego, to zlecamy podwykonawcy z rejonów Kalwarii. Bardzo dużą część produkcji stanowi praca ręczna. W przypadku wytwarzania wyrobów bardzo prostych przestaje się to opłacać. Kiedyś był korzystny przelicznik jeśli chodzi o materiał i robociznę, jednak zaczęło się to spłycać. Czasy są takie, że cenę wyrobu trzeba dostosowywać do potrzeb konsumenta, także zagranicznego. Nasi kontrahenci spoza Polski też są zorientowani. Jeżdżą po świecie, odwiedzają targi w Kielcach, rozmawiają z kilkoma firmami i potem wracają do nas. Za granicę sprzedawaliśmy już wyposażenie do całych kościołów, bardzo dużo ławek, konfesjonałów, prezbiteria i meble do zakrystii, niekoniecznie z montażem. Najczęściej zleceniodawca opłaca przelot samolotem oraz jedno- bądź dwudniowe zakwaterowanie dla pracownika, który pobiera na miejscu odpowiednie wymiary - informuje Marek Bratek.

 

Najważniejsze, aby zadowolić wiernych

- W tej architekturze nie ma już pola do wymyślania, wszystko jest zapisane na kartach historii. Wzorców jest bardzo dużo, można z nich korzystać. Ale najgorzej, gdy architekci próbują w kościołach neogotyckich, barokowych wprowadzać wizje bryły, która nie pasuje. Czasem wystarczy odświeżyć już opracowaną formę i przerobić ją na współczesną funkcjonalność. Najważniejsze jest zadowolenie ludzi. Jest to trudny do osiągnięcia efekt. W domu meble użytkują 3 lub 4 osoby, a w parafii kilka tysięcy. Wierni, którzy tworzą zżytą społeczność, składają się na to, by ich kościół był ładny i funkcjonalny, więc zależy im na efekcie. W takich przypadkach jest też nieoceniona rola gospodarza. Nie mówię o parafiach 20-tysięcznych, gdzie ani nie ma pieniędzy w terminie, ani pomocy przy rozładunku. Spotykamy na swojej drodze małe parafie, które świetnie funkcjonują. Najważniejsze jest to, aby ci, którzy wydali pieniądze, byli zadowoleni z naszych mebli oraz dumni z nich, gdy do ich parafii przyjeżdżają znajomi i rodzina na różne uroczystości, aby wygodnie siedziało im się w naszych ławkach. W meblach sakralnych nie chodzi o głos konserwatora czy innego wizjonera, który twierdzi, że dany krzyżyk gdzieś nie pasuje. W trakcie przyjmowania zlecenia wszyscy mogą dyskutować, pojawiają się osoby z rady parafialnej. Czasem jest to kilkanaście pań, każda o innych pomysłach, która chce dołożyć do tego pomysłu własną cegiełkę. Nie jest łatwo dojść do kompromisu, ale udaje się to uzyskać. Jednak to nie cena może być głównym wyznacznikiem przyjęcia bądź odrzucenia zlecenia. Porównując nasz rynek do zagranicy, z pewnością można stwierdzić, że u nas jest trudniej. W Norwegii liczą się przede wszystkim prostota i funkcjonalność. Swoje wyroby dostarczamy także do USA, Bułgarii, Włoch, Francji, na Ukrainę i Litwę. Czasem w tych zamówieniach nie ma kontynuacji, jest to po prostu wyposażenie jednego kościoła. Najczęściej w przypadku dalekich zamówień problemem jest koszt transportu, nierzadko będący trudny dla klientów chociażby z północnej Polski. Takie koszty nie przerażają Norwegów, ale jest to inny przelicznik. Niewiele firm gotowych jest, by podjąć się takiego zamówienia. Chociaż jest to kraj, w którym katolicyzm był kiedyś na poziomie 1 proc., a dziś sięga 5 proc., to mamy tam bardzo wiele zleceń. Nie mamy bardzo dużej konkurencji na terenie naszego kraju. W Kielcach wystawia się mało podobnych firm. Na 300 wystawców co roku pojawia się ok. 5 przedsiębiorstw. Jednak obecnie wiele firm z innych branż podejmuje się tego typu zleceń. Nierzadko też wykonawcy szuka się wśród parafian, aby zaoszczędzić - mówi Marek Bratek.

 Trzeba się znać na rynku

- Najtrudniejszym etapem w naszej produkcji jest znalezienie odbiorcy, któremu oferujemy solidny wyrób. Stosowane przez nas połączenie typu płetwa/jaskółczy ogon sprawia, że noga w ławce się nie wykrzywia i z siedzeniem nic się nie dzieje. O sukcesie zleceń decydują detale. W Norwegii zawsze podobała nam się prostota, chociaż ostatnio niektóre parafie myślą o tym, że chciałyby mieć w swoich wnętrzach ciekawsze ławeczki. Zawsze są to meble masywne, ewentualnie odnoszące się w swojej formie do innych konstrukcji we wnętrzu, np. krzyżowych sklepień. Norweskie wzory ławeczek często mają podnoszony klęcznik. Trzeba wiedzieć, o tym, że Norwedzy mają inną pozycję klęczącą, typowo pobożną, bez opierania się. U nas jest to pozycja siedząco-klęcząca, o czym należy pamiętać projektując ławkę i uwzględniając inną odległość między ławką a klęcznikiem oraz wytwarzając klęcznik inaczej nachylony i mniej prosty. Tendencja jest obecnie taka, by produkować ławki łączone. Tworzymy często ławki łączone z przefrezowaniem, aby miejsce wejścia nie było kłopotliwe dla osób starszych, żeby nie musieli podnosić zbyt wysoko nogi. Taka konstrukcja tworzy całość, linię i wpływa na estetykę ławeczek. Jeśli nie są połączone, to ludzie je rozepchają. Czasem skręcamy je dwoma wkrętami do czopów, a i tak ludzie potrafią je rozepchać wyrywając wkrętkę. Z podłogami przygotowuje się ławeczki do kościołów, w których kiedyś była podłoga, a potem położono w nich posadzki, a obecnie przy wymianie ławek powstaje problem dziury. Dziś często rozwiązuje się ten problem na zasadzie przemysłowej wykładziny, którą umieszcza się na ładnej konstrukcji i wykańcza aluminiowym kątownikiem. Takie rozwiązanie zapewnia doskonałą funkcjonalność. Jeśli na takiej podłodze zbierze się woda, to po prostu się ją usuwa. Podłoga dzięki temu nie niszczy się, nie rozpycha, nie pracuje i nie powstają szczeliny. Poza tym jest to często kłopotliwa dodatkowa wysokość dla osób starszych. Często już po pierwszym roku drewniana podłoga nie wygląda ładnie. Renowację mebli i wnętrz przeprowadzamy sporadycznie. Najczęściej zużywają się klęczniki w ławkach, co jest oczywiście sprawą kultury wiernych. Jeśli trzymają oni nogi na posadzce, to klęcznikowi nic nie jest. Wiadomo jak na drewno wpływa kontakt z wodą - kontynuuje Marek Bratek.

 Pracownik musi wypocząć

- Mamy taką politykę, żeby pracować 5 dni w tygodniu, 8 godzin dziennie, pozostawiając pracownikom wolne weekendy. Kiedy pracowałem „U Salezjan” jako kierownik, to walczyłem, żeby soboty były wolne, bo one nic nie dają. To jest ciężka praca i obróbka maszynowa, trzeba być więc skupionym. Firma to zespół ludzi. Potrzeba obopólnego zrozumienia, nikt nie jest ponad nikim. Wiadomo, występują zgrzyty, ale są one może bardziej spowodowane ogólną sytuacją, kontrolami. Państwo niestety zamiast stworzyć parasol ochronny nad polskimi firmami, to pomaga tym, które przybywają z zagranicy. Pracuje u nas młody, zgrany zespół z wielkim doświadczeniem. Są to cztery brygady. Każda ma swoje zadanie - jedna wykonuje ławki, druga meble, trzecia konfesjonały, czwarta drzwi. Potem następuje zmiana - wykonuje się siedzenia do prezbiterium, ołtarze itd. Trzyosobowa brygada produkuje do 50 metrów bieżących ławeczki, zależnie od wzoru i długości. Wiadomo, że niezależnie czy ławeczka jest długa na 4 czy 2 metry, to ma tylko dwa boki, a proces produkcji jest bardzo podobny. Jest to bardzo przyjemna praca. Jak mawiają: „człowiek, który pracuje z drewnem jest inny niż ten, który pracuje ze stalą”. Gdy zaczynaliśmy 15 lat temu, to bardzo baliśmy się zleceń, ale praca była łatwiejsza. Teraz naprawdę dużym problemem jest nieuczciwa konkurencja - podsumowuje Marek Bratek.

 

Fot. Alicja Bagnucka-Rief

 

Copyright © Kurier Drzewny